Rzut okiem
PORTAL KULTURALNY

Rzut okiem


"Poetą jest ten który odchodzi/ I ten który odejść nie może".
Dziś pożegnaliśmy jednego z największych polskich poetów - zmarł Tadeusz Różewicz. Według wielu uważany za największego twórcę liryki polskiej literatury XX w. Debiutował zaraz po wojnie tomikiem "Niepokój", choć pisywał i wydawał wiersze znacznie wcześniej. Stworzył świadectwo poetyckiej nadziei, bijącej do nas z codzienności zanurzonej w chaosie i znieczuleniu. Odnajdywał namiętność w szarości i miejscach pozbawionych wrażliwości ludzkich serc. Był świadkiem bestialstwa II Wojny Światowej. Swoje doświadczenie przelał na papier - w swoich utworach poszukiwał prawdy o człowieku, nawet tej najbardziej gorzkiej. Nigdy nie przestawiał wierzyć w to, iż piękno zawarte w ludzkich dziełach może dotknąć serca innego człowieka. Był Laureatem wielu liczących się na świecie nagród, takich jak między innymi: Złoty medal: "Zasłużony kulturze Gloria Artis", Order Ecce Homo, czy nagrodę Nike za tomik poezji "Matka Odchodzi" z 2000 roku. Był również wielkim człowiekiem teatru - dzięki niemu rozwinął się nurt w teatrze nazywany do dzisiaj "Teatrem Absurdu", który zapoczątkował wystawieniem jednego ze swoich największych dzieł teatrlanych - "Kartoteki". Nie był związany ściśle z kinem, ale często tworzył dla swojego brata Stanisława. Stanisław Różewicz był reżyserem takich filmów jak "Samotność we dwoje" i "Opadły liście z drzew". Ludzie zapamiętają Tadeusza Różewicza jako człowieka skromnego, piszącego o sprawach trudnych w niezwykły, porażająco prosty sposób. Jako twórce, który chcąc stworzyć nową formę, decydował się na zniszczenie wszelkich dotychczasowych wytycznych. Wreszcie, jako autora, który nigdy nie osiadł na laurach i ciągle czuł się zobowiązany swoim poetyckim powołaniem. GL [link]

Nagroda literacka miasta stołecznego Warszawy wręczona! Warszawskim Twórcą został ogłoszony Wiesław Myśliwski. Laureat głównego wyróżnienia sparafrazował słowa bohatera swej ostatniej powieści “Ostatnie rozdanie”, mówiąc, iż tak, jak nie wypada w dziadowskich butach iść przez stolicę, nie wypada też marnie pisać, pochodząc z Warszawy.
Tym samym pisarz został dopisany do chlubnej grupy twórców ze stolicy, którzy mogą się tym wyróżnieniem poszczycić. Należą do niej między innymi Janusz Tazbir, Józef Hen oraz Tadeusz Konwicki.
Dla dwukrotnego laureata Nagrody Nike poklask dla jego twórczości nie jest zapewne niczym nowym, a jednak znalezienie się w takim gronie musi napawać dumą i lokalnym patriotyzmem.
Nagroda Literacka Miasta Stołecznego Warszawy wręczana jest także w kategoriach literatura dla dzieci, proza, poezja oaz tekst o Warszawie. W tym roku otrzymali je Przemysław Wechterowicz za książkę “Proszę mnie przytulić”, Ignacy Karpowicz za “Ości” oraz Tadeusz Dąbrowski za tom wierszy “Pomiędzy”. Nagrodę za wydawnictwo o tematyce lokalnej przyznano Joannie Rolińskiej, autorce zbioru wywiadów “Rozmowy o dzieciństwie”.
DR [link]


Dzień książki, dniem książki.
Zniżki w wydawnictwach, okoliczny Sztuczny Fiołek, tyle. A co powiecie na noc książki? I nie mówię tu o czytaniu z latarką pod kołdrą lub odczytywaniu romantycznych powieści w świetle gwiazd. World Book Night to akcja najprężniej rozwijająca się w Wielkiej Brytanii oraz Irlandii w swoim założeniu polegająca na podzieleniu się książką z kimś o kim wiemy, że dawno nie czytał. Przeglądając stronę projektu możemy znaleźć informacje, że około 35% Brytyjczyków nie czyta regularnie (ze wstydu nie przytoczę statystyk dla Polski). W World Book Night zarówno instytucje jak i pojedyncze osoby mają to zmienić rozdając książki. Akcji towarzyszą również okazjonalne wydawnictwa i szereg wydarzeń towarzyszących. Pomysł, żeby 23 kwietnia uczynić nie tylko świętem wszystkich moli książkowych, ale też okazją do zachęcania do czytelnictwa jest na serio super. Dlatego książki w dłoń i podarujcie je bratu, mamie, sąsiadce, koledze! MG [link]


Mateusz Kościukiewicz świętym! Na tegorocznej edycji festiwalu filmowego Berlinale, 28- letni Kościukiewicz został wyróżniony tytułem Shooting Star, który przyznawany jest młodym, dobrze zapowiadającym się europejskim aktorom.
Tam też został dostrzeżony przez Lilię Trapani Hartmann odpowiedzialną za casting do serialu „Francis”. Podobno reżyserka filmu Liliana Cavani długo szukała odpowiedniej osoby do zagrania głównej roli – świętego Franciszka z Asyżu. Okazało się, że młody polski aktor, znany z takich filmów jak „W imię” Małgorzaty Szumowskiej czy „Wszystko co kocham” Jacka Borcucha, okazał się idealny do wykreowania świętego, ze swoim innowacyjnym i rewolucyjnym podejściem do postaci. Zdjęcia do serialu będą trwały od 5 maja do 12 lipca we Włoszech. Koproducentem jest włoska telewizja RAI, a produkcja ma być dystrybuowana również poza granicami Italii. Aktor przyznaje, że nawet nie spodziewał się, że coś takiego może go spotkać – trzeba przyznać, że główna rola w zagranicznym serialu to nie lada gratka! Jak Kościukiewicz, do którego przylgnęła łatka buntownika sprawdzi się w roli świętego Franciszka? Miejmy nadzieję, że polscy widzowie będą mogli się o tym przekonać. K [link]

Fear is born (again). „Dziecko Rosemary” wyreżyserowane przez Romana Polańskiego to dzieło kultowe i chyba nieliczni temu zaprzeczą. W 1968 roku trzydziestokilkuletni, niezbyt jeszcze popularny za Oceanem polski reżyser, zekranizował dzieło Ira Levina, które osiągnęło duży artystyczny i komercyjny sukces. W tytułową rolę kobiety, która niespodziewanie za sprawą demonicznych mocy zachodzi w ciążę, wcieliła się wówczas eteryczna Mia Farrow. Już za kilka tygodni, bo 11 maja, amerykańska stacja NBC wyemituje dwa odcinki serialu „Rosemary`s Baby”, którego reżyserowaniem zajęła się tym razem Agnieszka Holland. Scenariusz serialu ma być dokładnym odniesieniem do książki Levina, fabuła natomiast ma być uwspółcześniona i przeniesiona w paryskie plenery. Nie trudno dostrzec też odbiegającą od pierwowzoru postać Rosemary, którą zagrała Zoe Saldana, znana z „Avatara” czy „Star Trek”. Dla Farrow udział w filmie Polańskiego był drogą do sukcesu, czy dla Saldany będzie wyzwoleniem od futurystycznych filmów , z którymi jest kojarzona? Przed Agnieszką Holland trudne wyzwanie – zmierzenie się z kultowym dziełem stworzonym przez swojego rodaka oraz konfrontacja z gatunkiem, jakim jest horror. Na pewno nie obędzie się bez porównań, a jaki będzie rezultat? Amerykanie przekonają się już niebawem, polscy widzowie pewnie będą musieli poczekać dłużej. Niech ten czas oczekiwania wypełni genialna muzyka Komedy stworzona do filmu Polańskiego. Rosemary`s Lullaby nie da się zastąpić, a czy Baby? K [link]


Ku poprawie przestrzeni miejskiej. W dniu 14.04.14 ogłoszono wyniki konkursu BMW Urban Transforms organizowanego przez BMW Group Polska oraz Fundację Bęc Zmiana.
W Jury tego konkursu zasiedli między innymi Reiner de Graaf z międzynarodowego biura projektowego OMA, wiceprezes Oddziału Warszawskiego SARP Aleksandra Wasilkowska i Grzegorz Piątek architekt oraz krytyk architektury. Konkurs miał na celu wyłonienie najlepszego projektu, którego celem jest poprawienie funkcjonowania przestrzeni miejskiej.
Zamysłem zwycięskiego projektu było skupienie się na doświetleniu północnych i wschodnich fasad budynków dzięki czemu ma być poprawiona jakość życia w znajdujących się po tych stronach mieszkaniach i pomieszczeniach. Idea przyświecająca pracy „Reflex” Joanny Piaścik z pracowni DINGFLUX jest oczywiście słuszna, ale czy ten projekt faktycznie spełnia funkcję, za którą został nagrodzony? I czy w ogóle odpowiada na zadany uczestnikom konkursu temat?
Na stronie organizatora konkursu możemy zobaczyć zwycięską pracę czyli dwa obrazki, jeden pokazuje wzór paneli odbijających światło, które jak rozumiem stanowią „projekt”, a drugi przykładowe ich umieszczenie na elewacji budynku. Funkcją zaproponowanego rozwiązania jest doświetlanie pomieszczeń/elewacji, co nie do końca kojarzyć się może z poprawą przestrzeni miejskiej, a raczej przestrzeni prywatnej.
Zrozumienie projektu może stanowić pewien problem ponieważ jego przedstawienie nie jest wyczerpujące, żeby nie powiedzieć, że w ogóle nie wiadomo o co chodzi. Nie wytłumaczony jest mechanizm działania paneli, można się oczywiście domyślać, że mają one odbijać światło ale w którą stronę? To proste technicznie, jak mówi Jury, rozwiązanie nie ma możliwości żadnej regulacji odbicia światła a jego wpływ na doświetlenie fasad sąsiadujących budynków będzie w najlepszym razie przypadkowy – to trochę jak zawinąć budynek w pogniecioną folię aluminiową i liczyć, że odbite światło trafi tam gdzie powinno. 
 Chcąc wyobrazić sobie jak właściwie zwycięska praca miałaby wyglądać mamy również bardzo ciężkie zadanie. Wątpliwej wartości estetyczniej „wizualizacje” i absolutny brak rysunków technicznych pozostawiają widza ze sporą ilością pytań jak na przykład: jakiej wielkości są elementy z których składa się instalacja? Pod jakimi kątami odbiją światło? Czy już zupełnie podstawowe pytanie z czego to jest zrobione? Wygląda trochę jak polerowany metal, może aluminium? A może coś jeszcze innego? Nie wiem czy takie informacje zawarte były w projekcie, jeżeli nie, to naprawdę nie wiem co powiedzieć, jeżeli tak to powinny się również znaleźć w jego opisie na stronie, żeby chociaż trochę przybliżyć nam co właściwie ten konkurs wygrało. Za to nasuwa się pytanie czy z samego szacunku dla Jury nie powinno się wysyłać bardziej dopracowane prace? 
 Na wniosek Reinera de Graafa organizatorzy postanowili przyznać również dodatkowe wyróżnienie Zespołowi Projektowemu „baa” za projekt sygnalizacji świetlnej dla przystanków autobusów nocnych na żądanie. Pomysł wydaje się być bardzo ciekawy, niestety nie mamy póki co żadnych informacji na jego temat, poza jednym obrazkiem, więc ciężko na jego temat cokolwiek powiedzieć.
 Konkursy architektoniczne są bardzo ważnym elementem kształtowania przyszłości architektury, promowania jej, a nawet kształtowania świadomości architektonicznej społeczeństwa. Uważam, że wynik tego konkursu nie przyczynia się pozytywnie do któregokolwiek z wyżej wymienionych zjawisk. O gustach się nie dyskutuje ale werdykt Jury składającego się z tak poważanych w środowisku architektonicznym i całym społeczeństwie osób powinien być chociaż zrozumiały i poparty niezbitymi argumentami, natomiast ten werdykt przyjąłem z dużym zdziwieniem, wręcz niedowierzaniem, które zostawiło zwyczajny niesmak. Obawiam się, że nie jestem w tej opinii odosobniony. AB [link]


67 festiwal w Cannes rozpocznie się już za niecały miesiąc.
Tegoroczną twarzą festiwalu został Marcello Mastroianni, którego wizerunek z filmu „8 ½” widnieje na oficjalnym plakacie zaprojektowanym przez Hervé Chigioni i Gillesa Frappiera. Film Felliniego był prezentowany w konkursie głównym w 1963 roku. Wydaje się, że zarówno twórcy, jak i krytycy, tęsknią ostatnio za kinem epoki Felliniego. Bo jak inaczej wytłumaczyć ogromny sukces „Wielkiego piękna” Paolo Sorrentino, które często jest porównywane właśnie z „8 ½”? Zresztą sami organizatorzy filmowego święta w Cannes tłumaczą swój wybór chęcią celebracji kina, które jest wolne i otwarte na świat. Kina, które charakteryzuje wysoki poziom artystyczny i którego włoscy (a tym samym i europejscy) twórcy mają ogromny wpływ na całość światowej kinematografii. W konkursie głównym znalazły się między innymi: „Saint Laurent” Bertranda Bonello, „Mommy” Xaviera Dolana, „Adieu au Langage” Jean-Luc Godarda, „The Search” Michela Hazanaviciusa „Maps to the stars” Davida Cronenberga, „Leviatan” Andrieja Zwiagincewa. Z niecierpliwością odliczamy dni do festiwalu, który, choć w tym roku jest wyrazem wielkiej tęsknoty, będzie z pewnością opowieścią o pięknie kina przyszłości. MM [link]


Zmarł Gabriel García Márquez. Na warsztatach dla adeptów literatury powtarzał formułę „Człowiek uczy się pisać, pisząc”.
Sam zaczynał jako dziennikarz, w prasie codziennej, w niewielkiej kolumbijskiej redakcji. Jeszcze jako nastolatek. W przerwach w pracy pisał, żeby kształcić warsztat. Kilka godzin dziennie. Bez wyjątków, bez ustępstw od normy.
11 dni temu w Barcelonie - skąd piszę - piło się zdrowie przebywającego wówczas w szpitalu Márqueza. Były to jego 87. urodziny. Mówiło się o nim w kontekście nadchodzącego Światowego Dnia Książek i Praw Autorskich.
Dzisiaj dotarła do nas smutna wiadomość o śmierci kolumbijskiego reportera, pisarza, laureata nagrody Nobla. Dla miłośników literatury jednego z największych talentów w historii słowa pisanego, autora drugiej, po „Don Kichocie", najważniejszej książki hiszpańskojęzycznej – „Stu lat samotności".
Polakom Gabo znany był głównie dzięki roli, jaką odegrał w promocji realizmu magicznego na naszym kontynencie (w latach 70. uwielbianej przez mieszkańców państw socjalistycznych konwencji literackiej). Autor „Jesieni Patriarchy", wybitnego pod względem językowym portretu samotnego dyktatora, w której Márquez dał wyraz swojej fascynacji władzą (był bliskim przyjacielem Fidela Castro). Inną jego popularną książką była „Miłość w czasach zarazy". Gabo był również autorem licznym opowiadań i mniej znanych - bo pochodzących z początku jego kariery – reportaży. Przyjaźnił się Ryszardem Kapuścińskim, który czerpał z jego twórczości, a przydomek Kapo otrzymał właśnie w analogii do pseudonimu swego kompana. Gabo pozostawił po sobie kawał pisarstwa najwyższej próby, zwrócił uwagę świata na literaturę latynoamerykańską.
AK [link]


Jedna z najważniejszych postaci polskiego reportażu, "matka chrzestna" całych pokoleń autorów, Małgorzata Szejnert, przekazała swoje archiwum Bibliotece Narodowej.
Co znajdą w nim fani non-fiction? Jedną z najciekawszych pozycji wydaje się być książka pisana wraz z Tomaszem Zalewskim "Szczecin: Grudzień, Sierpień, Grudzień". Ten podziemny bestseller opowiadający o szczecińskiej "Solidarności" został przekazany Narodowej w dość niecodziennym wydaniu - maszynopisów oprawionych przez brata autorki. Dla wszystkich fanów teatru ciekawym materiałem mogą być rozmowy przeprowadzone przez Szejnert z prof. Bohdanem Korzeniowskim będące podstawą do książki "Sława i infamia". Oprócz maszynopisów i notatek autorki, w archiwum znajdziemy również pokaźną kolekcję dyplomów i nagród, które wydają się też ciekawe ze względy na swoją formę graficzną - skład, typografię. Oglądając zdjęcia na stronie Biblioteki Narodowej możemy mieć wrażenie, że obcowanie z archiwum autorki jest nie tylko niewątpliwą przyjemnością literacką, ale też estetyczną. Jednak dla fanów reportażu najciekawsze okażą się pewnie wszelkie skreślenia, komentarze, notatki na maszynopisach, które choć minimalnie mogą nam przybliżyć się do tajników warsztatu Małgorzaty Szejnert. MG [link]


„Aleksander Gierymski na szklanym negatywie” w Cyfrowym MNW.
W CMNW udostępniono zbiór przedwojennych fotografii dokumentujących dzieła Gierymskiego w polskich muzeach oraz z kolekcji prywatnych. Część z nich powstała w związku z wystawą artysty inaugurującą działalność nowego gmachu Muzeum w 1938 roku. Skanowanie cyfrowe szklanych negatywów (płyt szklanych pokrytych emulsją światłoczułą - żelatyną z bromkiem srebra - następnie naświetlanych, wywoływanych i utrwalanych) odbyło się dzięki funduszom Wieloletniego Rządowego Programu KULTURA+. Wśród udostępnionych zdjęć znajdują się także fotografie ze zbioru Aleksandra Gierymskiego przedstawiające modeli pozujących do konkretnych dzieł artysty, np. "Austerii rzymskiej" czy "Gry w mora". Warto nadmienić, że wiele z opublikowanych fotografii to ostatnie znane wizerunki zaginionych podczas II wojny światowej dzieł Gierymskiego. Na postawie przedwojennego zdjęcia "Pomarańczarki" możliwe było udowodnienie podczas procesu odzyskiwania obrazu, który wypłynął na aukcji w Niemczech w 2010 roku, że kiedyś płótno należało do kolekcji MNW. Internauci mogą obejrzeć na dawnych zdjęciach wszystkie 4 wersje "Żydówek sprzedających owoce". Na jednej z nich daje się zauważyć wyraźną sygnaturę: A. Gierymski. 80. Idiotenburg. Bo Gierymski wcale nie kochał Warszawy. foto: cyfrowe.mnw.art.pl... TD [link]


Hitchcock, jakiego nie znacie! Pokazy wczesnych filmów mistrza suspensu w ramach XI Święta Niemego Kina udowodniły, że nie taki Hitchcock straszny, jak go malują.
Wśród propozycji Iluzjonu znalazła się romantyczna komedia obyczajowa „Żona farmera” z 1928 roku oraz powstały rok wcześniej melodramat „Na ringu”. O ile pierwszy z wymienionych tytułów nie przypadł do gustu publiczności – głównie ze względu na powolnie rozwijającą się akcję, schematyczną fabułę i nieciekawych bohaterów, a także zupełnie nie przystającą do obrazu, kontrastującą z nastrojem i charakterem scen bałkańską muzykę zespołu Propabanda; o tyle drugi stał się jednym z hitów festiwalu. Akcja brytyjskiego filmu „Na ringu”, powstałego według autorskiego scenariusza Hitchcocka, toczy się wokół zawodów bokserskich i trójkąta miłosnego z motywem zdrady małżeńskiej na czele. Niepozorny obraz wzbił się na wyżyny ekspresji dzięki muzyce zespołu Film Jazz Project z amerykańskim wirtuozem trąbki, Michaelem „Patchesem” Stewartem, który swobodnie wplatał w tkankę muzyczną fragmenty rozmaitych standardów jazzowych, nadając całości niedbałego, a zarazem niezwykle rytmicznego wyrazu. Fani Hitchcocka powinni także zapoznać się z dwoma (jedynymi) niemymi thrillerami reżysera, w których można zaobserwować zalążki jego dojrzałego stylu. Chodzi o „Lokatora” z 1927 roku, z którym z sukcesem zmierzyła się muzycznie łódzka grupa rockowa The Washing Machine, oraz „Szantaż” – film z okresu przełomu dźwiękowego, istniejący w dwóch wersjach – niemej i dźwiękowej, który podczas festiwalu z niezwykłą lekkością i płynnością opracował doświadczony włoski taper, Antonio Coppola. Okres niemy w twórczości Hitchcocka można podsumować słowami Andrzeja Kołodyńskiego, redaktora naczelnego „Kina”, który podczas jednego z wykładów towarzyszących festiwalowi stwierdził, że we wczesnych filmach mistrza nic nie jest pewne, a „fabuła unosi się na powierzchni chaosu rządzącego rzeczywistością”. AC [link]


Ten dzień przejdzie do historii! Rodzina Agaty Christie udzieliła zgody na wydanie nowej powieści z detektywem Herkulesem Poirot w roli głównej.

Książka ukaże się jeszcze w tym roku, a napisze ją Sophie Hannah, jedna z najpopularniejszych autorek thrillerów psychologicznych. Pisarka – jak sama twierdzi – jest uzależniona od kryminałów Christie:
"To dzięki Herkulesowi Poirot i pani Marple postanowiłam poświęcić swoje życie zawodowe pisaniu kryminałów. Sposób, w jaki Christie opowiada, oraz jej głębokie rozumienie ludzkiej psychiki ukształtowały mnie jako pisarkę. Nie umiem jednak wyrazić, jak bardzo jestem zaszczycona, że miałam okazję podjąć to wyzwanie. Prawdę mówiąc, wciąż nie mogę uwierzyć, że to dzieje się naprawdę!".
Co więcej na temat tej przełomowej książki? Podobno akcję osadzono w latach dwudziestych XX wieku. Wydarzenia rozgrywają się w Londynie oraz na angielskiej prowincji. Nie wiemy jaką intrygę kryminalną uknuje autorka, ale Hercules Poirot z pewnością ponownie będzie jej niekwestionowanym bohaterem.
Na polskim rynku powieść ukaże się nakładem Wydawnictwa Literackiego. Czekamy z niecierpliwością!
SW [link]

Crippled Black Phoenix zagrają za niecały miesiąc. Formacja powróci do Polski w ramach promocji nowego albumu zatytułowanego "White Light Generator". Trasa TOUR TOUR TOUR (444) obejmuje wizyty w ponad dwudziestu europejskich miastach, w tym w Gdańsku (10.05) i Warszawie (11.05). To z pewnością ważne wydarzenie, zarówno dla fanów, jak i członków zespołu. Po licznych modyfikacjach składu, a przede wszystkim zmianach na stanowisku wokalisty, wszystko wskazuje na to, że grupa rozpoczęła stabilizację. Daniel Änghede, muzyk znany niektórym z działalności w szwedzkim Hearts of Black Science, najwyraźniej odnalazł się w roli lidera. Choć osobiście nie spodziewałam się fajerwerków (właśnie ze względu na ponowną zmianę personalną), zespół zaskoczył mnie po raz kolejny. Nowy album brzmi świeżo, a jednocześnie przywodzi na myśl wczesne dokonania CBP. Jeżeli mieliście już niewątpliwą przyjemność spotkać się z zespołem na żywo, to nadchodząca trasa nie powinna sprawić zawodu. Śmiem przypuszczać, że Justin Greaves wraz z załogą są w najlepszej formie koncertowej od lat. MK [link]

Swój kolejny dzień z Wiosną Filmów rozpoczęłam „Na głębinie”, a zakończyłam na „Ostatnim piętrze”. „Na głębinie” w reżyserii Baltasara Kormákura to poruszająca historia rybaka, który jako jedyny ocalał z katastrofy kutra. Kosztowało go to sporo wysiłku, wymagało nie lada odwagi i woli przeżycia. Podczas zmagania z oceanem, rybak żarliwie się modli, przeprowadza rachunek sumienia, wspomina dzieciństwo i szuka otuchy u przelatujących mew. Jego przypadek jest rozpatrywany w kategoriach cudu. Ta poruszająca opowieść o tym, jak warto walczyć do samego końca, została zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami z roku 1984. Dobre, kameralne kino dodające otuchy! „Ostatnie piętro” Tadeusza Króla to także historia „z życia wzięta”. Główny bohater, kapitan Wojska Polskiego trafia na ślad afery w swojej jednostce. W wyniku tego odkrycia zostaje zwolniony z pracy, co prowadzi do znacznej zmiany w jego zachowaniu. Jest to studium szaleństwa. Ten niepokojący obraz zwraca uwagę na niebezpieczeństwo jakie niesie ze sobą źle rozumiany patriotyzm. Film miał światową premierę na ubiegłorocznym MFF w Moskwie, w Polsce był pokazywany po raz pierwszy. Po projekcji odbyło się spotkanie z reżyserem, odtwórcami głównych ról, czyli Januszem Chabiorem, Joanną Orleańską, Bartłomiejem Firletem i autorem zdjęć – Tomaszem Augustynkiem. MM [link]

„Wschód słońca” Murnaua otworzył XI edycję Święta Niemego Kina. Późnym kwietniowym wieczorem warszawski Iluzjon utonął w rozedrganych dźwiękach smyczków, które – nawiązując do oryginalnego tytułu „Sunrise: A Song of Two Humans” – wyśpiewały wzruszającą, momentami zabawną „pieśń dwojga ludzkich istot”. Oprawę muzyczną zapewniła osiemnastoosobowa orkiestra im. Karola Namysłowskiego pod batutą lubelskiego kompozytora, Rafała Rozmusa. Niemiecki ekspresjonizm wydaje się jednym z ulubionych nurtów filmowych artysty, który od dłuższego czasu romansuje z kinem niemym. Ma na swoim koncie muzyczne ilustracje do takich dzieł jak „Nosferatu – symfonia grozy” czy „Portier z hotelu Atlantic”. W wykonywanym już po raz drugi „Wschodzie słońca” (premiera miała miejsce podczas Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu) kompozytor nawiązał do najbardziej znanych praktyk muzycznych z początków kinematografii. Za pomocą środków dźwiękowych odmalował rozmaite odgłosy świata przedstawionego, m.in. bicie dzwonów, gwizdanie czy wołanie głównego bohatera, a głównym tematom filmu nadał cechy taneczne (np. walca), intuicyjnie odnosząc się przy tym do muzyki innych twórców. Świetnym pomysłem okazało się wplecenie w formułę utworu oklasków, które za wzorem orkiestry podjęła publiczność, spontanicznie nagradzając brawami bohaterów filmu w trakcie projekcji, tuż po tym, jak wykonali oni taniec ludowy. Równie ciekawie w całość wpisała się recytacja fragmentu „Dies Irae”, nadająca mrocznego wydźwięku scenie, w której mąż zamierza zabić swoją małżonkę. Muzyka Rozmusa, utrzymana w stylistyce późnoromantycznej, z zamierzenia miała być ściśle zsynchronizowana z obrazem, co znakomicie udało się twórcy. Mankamentem efektownego wykonania było jednak nieustanne pikanie metronomu, który niczym szpitalny elektrokardiogram rzetelnie odliczał sekundy do zakończenia. Zbyt głośny dźwięk wwiercał się w uszy, przeszkadzając najbardziej w momentach, kiedy wymowę scen miała podkreślać cisza (o ile można o niej mówić we wspomnianym kontekście). Niemniej jednak publiczność doceniła efekt końcowy, dając orkiestrze okazję do bisowania. Na koniec warto wspomnieć o niepisanym bohaterze seansu: śwince-miniaturce, która swoją słabością do wina rozbawiła widzów do łez! Dla nieobecnych fragment filmu zamieszczony powyżej. AC [link]


„Mój tabor z "Papuszą" nadal trwa” – wyznała odtwórczyni tytułowej roli, Jowita Budnik, na spotkaniu, które odbyło się po projekcji filmu.
Aktorka i Antoni Pawlicki, który wcielił się w rolę poety, Jerzego Ficowskiego, odwiedzili warszawskie kino Praha i właśnie odbywający się tam festiwal – Wiosnę Filmów. Jest to festiwal, dzięki któremu można zarówno nadrobić zaległości, jak i zapoznać się z całkowitymi nowościami. Ciekawe jest to, że tłumy goszczą nie tylko na pokazach premierowych, ale i na filmach, które były już prezentowane na ekranach. "Papusza" jest na to dobrym przykładem. Mimo, że od premiery upłynęło pół roku, to sala była pełna. Nawet przestrzeni na schodach było mało, żeby pomieścić wszystkich widzów. Warto było jednak pogodzić się z tymi niedogodnościami i zatopić się w filmowej opowieści. Po seansie, można było posłuchać anegdot z planu i z życia aktorów. Godnym uwagi jest wspomnienie Jowity Budnik o tym jak zżyła się z graną przez siebie postacią: któregoś dnia do aktorki zadzwonił dziennikarz zaangażowany w organizację spotkania poświęconego Papuszy z prośbą o odczytanie wierszy poetki. Jowita kategorycznie odmówiła, nie czując się na siłach, by podjąć to wyzwanie. Jednak dziennikarz nie dawał za wygraną i zadzwonił następnego dnia. Przekonywał aktorkę, że jeśli nie ona, to kto inny miałby to być? W obliczu tak przedstawionej sytuacji, Jowita zaczęła się zastanawiać, „Jak to? Ktoś ma czytać moje wiersze?” i doszła do wniosku, że może faktycznie najlepiej będzie jeśli to właśnie ona zaprezentuje twórczość poetki. Czyż to nie piękny przykład na to, jak sztuka i rzeczywistość wzajemnie na siebie oddziałują? MM [link]


Nagi Damien Hirst.
Jesienią przyszłego roku ma ukazać się autobiografia artysty spisana przy udziale dziennikarza Jamesa Foxa (mającego na swoim koncie między innymi publikacje życiorysów Erica Claptona i Keitha Richardsa). Zapowiadana jako szczere do bólu wyznanie wszystkich grzeszków jednego z najsławniejszych brytyjskich twórców, zostanie przedstawiona czytelnikom nakładem wydawnictwa Pengiun Books. Hirst - twarz Young British Artists, o których niedawno pisaliśmy, znany jest przede wszystkim z: eksponowania szklanych boxów, przechowujących zakonserwowane w formalinie ciała zwierząt, obrazów w kropki, czy czaszki wysadzanej diamentami. Bohater przyszłej książki nie ukrywa zadowolenia z podpisania umowy i zobowiązuje się do stuprocentowej szczerości. Publikacja wzbogaci stosunkowo niewielki zasób opracowań na temat YBA i - jeżeli zachowana będzie w lekkiej, przystępnej stylistyce, doskonale uzupełni obraz życia młodych Londyńczyków opisywanych w wydanej niedawno "Lucky Kunst. Rozkwit i upadek Young British Art" Gregora Muira. Czekamy z niecierpliwością! czytaj więcej o YBA: mgzn.pl... AK [link]

„Rękopisy nie płoną”, powiedział Woland w „Mistrzu i Małgorzacie” – i choć diabelskie siły mogą sprawić, że słowa odrodzą się jak feniks z popiołów, nawet w radzieckiej Rosji, boskie moce nie sięgają aż tak daleko… przynajmniej nie w Iranie. Thriller polityczny, opatrzony tym tytułem-cytatem, opowiada o trudnej sytuacji irańskich intelektualistów, prześladowanych przez szyickie władze. Film o takiej tematyce powinien poruszać publiczność, ale przedłużające się ujęcia, chaotyczne mieszanie wątków i brak fabularnej dramaturgii sprawiają, że już po półgodzinie widz jest zmęczony i zobojętniały. Kolejne świadectwa korupcji, fałszowanych przestępstw i represji wynikających z pracy twórczej, zamiast angażować widza, powodują odwrócenie wzroku lub ucieczkę myśli. Nawet ze świadomością, że „Rękopisy nie płoną” powstały w warunkach śmiertelnego zagrożenia (tak jak wiele innych tytułów opowiadających o represjach w Iranie), nie potrafimy obronić efektu artystycznego, jaki sobą reprezentują.
Miłą odskocznią od ciężkiego festiwalowego repertuaru "Wiosny Filmów" może być natomiast „Czerwony i niebieski” – ten ciepły obyczajowy komediodramat nie zasługuje może na miano wiekopomnego dzieła, ale na pewno skutecznie umili popołudnie. Przez korytarze rzymskiego liceum prowadzą nas trzy skrajnie różne postaci – i choć ich pierwowzory moglibyśmy odnaleźć w większości szkolno-filmowych albumów, wzbudzają one sympatię i dzielnie dźwigają na swoich barkach trudy codziennego obcowania z obojętną/zagubioną/krnąbrną* młodzieżą (*niepotrzebne skreślić). Obserwowanie mikroklimatu nastolatków i odbitych w krzywym zwierciadle problemów ich pedagogów prowadzi do jednego wniosku: uczniowska rzeczywistość nie jest tak czerwono-niebieska, jak mogłoby się wydawać. PC [link]


Jak napisać dobrą książkę? Te dziesięć punktów ci w tym pomoże.
Portal internetowy dla nastolatek Rookie dołączył do wielu innych, na łamach których znani pisarze prezentują swoje przepisy na dobrze napisane dzieła. Tym razem, swoją teorię na temat stworzenia książki doskonałej stworzył Etgar Keret. Ten izraelski poeta polskiego pochodzenia, uważany za mistrza krótkiej formy, podaje parę prostych zasad, które, jeśli ich się trzymać, zaprowadzą nas do naszego literackiego celu. Autor zbioru opowiadań "Nagle pukanie do drzwi", radzi między innymi, byśmy kochali stworzonych przez nas bohaterów, pamiętali o tym, że pisanie przede wszystkim ma sprawiać nam radość i, że pisząc, nie jesteśmy nikomu niczego winni - jesteśmy swoimi własnymi żaglami , sterem i busolą. Ponadto, pojawiają się pośród jego rad nieco bardziej wyszukane sposoby kreowania literackich przestrzeni - radzi na przykład, żeby zaczynać od środka. Uważa, że początek opowiadania, jest jak brzeg przypalonego ciasta. Musimy się przez niego przedrzeć, ale tak naprawdę, to co najciekawsze jest zawsze w środku. Wzywa do improwizacji i oryginalności, a także dopinguje nowych twórców by przede wszystkim "pisali jak oni sami". Pełną listę, wraz z krótkim podcastem zawierającym kilkuminutowe opowiadanie Kereta, znajdziecie pod adersem: www.rookiemag.com... Potem, wystarczy już tylko klawiatura, kubek kawy i parę ciekawych pomysłów. Do roboty! Panteon pisarskich sław czeka! GL [link]

Nie będziemy Was oszukiwać: na „W pół drogi” wybieracie się na własną odpowiedzialność. I nie w tym rzecz, że film jest zły – jest po prostu porażająco smutny. To konsekwentnie zrealizowana kronika zapowiedzianej śmierci, dramat rodzinny o sile dokumentu, opowiadający o próbie oswojenia umierania (nieskutecznej tak, jak kolejne terapie). Obraz na prawie dwie godziny zamyka nas w ciasnym świecie choroby, od której nie ma ucieczki – i która coraz mocniej panoszy się w ciele i życiu Franka. Rosnący guz mózgu powoduje zaniki pamięci i sprawności ruchowej, kolejne niedomagania i upokorzenia. Pamiętnik choroby prowadzony za pomocą telefonu jest nie tylko pamiątką pozostawioną bliskim, lecz także swoistą formą autoterapii; przypomina on nieco konwencję znaną z „Ogrodu rozkoszy ziemskich” Lecha Majewskiego. Tu jednak znacznie bliżej do umierania: reżyser ukazuje nam dramat choroby z naturalistyczną premedytacją – i we wszystkich jej aspektach: fizycznym, psychicznym i społecznym. Zarówno w skali jednostki, jaki i rodziny, walka z chorobą ma jednakowo tragiczny wydźwięk. W całej poruszającej historii jedynym grzechem reżysera jest personifikacja choroby Franka – w tak realistycznym obrazie jest ona nie tyle urozmaiceniem, co artystyczną niekonsekwencją. PC [link]

Strona 14 z 54
| 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 |