Rzut okiem
PORTAL KULTURALNY

Rzut okiem


67 festiwal w Cannes rozpocznie się już za niecały miesiąc.
Tegoroczną twarzą festiwalu został Marcello Mastroianni, którego wizerunek z filmu „8 ½” widnieje na oficjalnym plakacie zaprojektowanym przez Hervé Chigioni i Gillesa Frappiera. Film Felliniego był prezentowany w konkursie głównym w 1963 roku. Wydaje się, że zarówno twórcy, jak i krytycy, tęsknią ostatnio za kinem epoki Felliniego. Bo jak inaczej wytłumaczyć ogromny sukces „Wielkiego piękna” Paolo Sorrentino, które często jest porównywane właśnie z „8 ½”? Zresztą sami organizatorzy filmowego święta w Cannes tłumaczą swój wybór chęcią celebracji kina, które jest wolne i otwarte na świat. Kina, które charakteryzuje wysoki poziom artystyczny i którego włoscy (a tym samym i europejscy) twórcy mają ogromny wpływ na całość światowej kinematografii. W konkursie głównym znalazły się między innymi: „Saint Laurent” Bertranda Bonello, „Mommy” Xaviera Dolana, „Adieu au Langage” Jean-Luc Godarda, „The Search” Michela Hazanaviciusa „Maps to the stars” Davida Cronenberga, „Leviatan” Andrieja Zwiagincewa. Z niecierpliwością odliczamy dni do festiwalu, który, choć w tym roku jest wyrazem wielkiej tęsknoty, będzie z pewnością opowieścią o pięknie kina przyszłości. MM [link]


Zmarł Gabriel García Márquez. Na warsztatach dla adeptów literatury powtarzał formułę „Człowiek uczy się pisać, pisząc”.
Sam zaczynał jako dziennikarz, w prasie codziennej, w niewielkiej kolumbijskiej redakcji. Jeszcze jako nastolatek. W przerwach w pracy pisał, żeby kształcić warsztat. Kilka godzin dziennie. Bez wyjątków, bez ustępstw od normy.
11 dni temu w Barcelonie - skąd piszę - piło się zdrowie przebywającego wówczas w szpitalu Márqueza. Były to jego 87. urodziny. Mówiło się o nim w kontekście nadchodzącego Światowego Dnia Książek i Praw Autorskich.
Dzisiaj dotarła do nas smutna wiadomość o śmierci kolumbijskiego reportera, pisarza, laureata nagrody Nobla. Dla miłośników literatury jednego z największych talentów w historii słowa pisanego, autora drugiej, po „Don Kichocie", najważniejszej książki hiszpańskojęzycznej – „Stu lat samotności".
Polakom Gabo znany był głównie dzięki roli, jaką odegrał w promocji realizmu magicznego na naszym kontynencie (w latach 70. uwielbianej przez mieszkańców państw socjalistycznych konwencji literackiej). Autor „Jesieni Patriarchy", wybitnego pod względem językowym portretu samotnego dyktatora, w której Márquez dał wyraz swojej fascynacji władzą (był bliskim przyjacielem Fidela Castro). Inną jego popularną książką była „Miłość w czasach zarazy". Gabo był również autorem licznym opowiadań i mniej znanych - bo pochodzących z początku jego kariery – reportaży. Przyjaźnił się Ryszardem Kapuścińskim, który czerpał z jego twórczości, a przydomek Kapo otrzymał właśnie w analogii do pseudonimu swego kompana. Gabo pozostawił po sobie kawał pisarstwa najwyższej próby, zwrócił uwagę świata na literaturę latynoamerykańską.
AK [link]


Jedna z najważniejszych postaci polskiego reportażu, "matka chrzestna" całych pokoleń autorów, Małgorzata Szejnert, przekazała swoje archiwum Bibliotece Narodowej.
Co znajdą w nim fani non-fiction? Jedną z najciekawszych pozycji wydaje się być książka pisana wraz z Tomaszem Zalewskim "Szczecin: Grudzień, Sierpień, Grudzień". Ten podziemny bestseller opowiadający o szczecińskiej "Solidarności" został przekazany Narodowej w dość niecodziennym wydaniu - maszynopisów oprawionych przez brata autorki. Dla wszystkich fanów teatru ciekawym materiałem mogą być rozmowy przeprowadzone przez Szejnert z prof. Bohdanem Korzeniowskim będące podstawą do książki "Sława i infamia". Oprócz maszynopisów i notatek autorki, w archiwum znajdziemy również pokaźną kolekcję dyplomów i nagród, które wydają się też ciekawe ze względy na swoją formę graficzną - skład, typografię. Oglądając zdjęcia na stronie Biblioteki Narodowej możemy mieć wrażenie, że obcowanie z archiwum autorki jest nie tylko niewątpliwą przyjemnością literacką, ale też estetyczną. Jednak dla fanów reportażu najciekawsze okażą się pewnie wszelkie skreślenia, komentarze, notatki na maszynopisach, które choć minimalnie mogą nam przybliżyć się do tajników warsztatu Małgorzaty Szejnert. MG [link]


„Aleksander Gierymski na szklanym negatywie” w Cyfrowym MNW.
W CMNW udostępniono zbiór przedwojennych fotografii dokumentujących dzieła Gierymskiego w polskich muzeach oraz z kolekcji prywatnych. Część z nich powstała w związku z wystawą artysty inaugurującą działalność nowego gmachu Muzeum w 1938 roku. Skanowanie cyfrowe szklanych negatywów (płyt szklanych pokrytych emulsją światłoczułą - żelatyną z bromkiem srebra - następnie naświetlanych, wywoływanych i utrwalanych) odbyło się dzięki funduszom Wieloletniego Rządowego Programu KULTURA+. Wśród udostępnionych zdjęć znajdują się także fotografie ze zbioru Aleksandra Gierymskiego przedstawiające modeli pozujących do konkretnych dzieł artysty, np. "Austerii rzymskiej" czy "Gry w mora". Warto nadmienić, że wiele z opublikowanych fotografii to ostatnie znane wizerunki zaginionych podczas II wojny światowej dzieł Gierymskiego. Na postawie przedwojennego zdjęcia "Pomarańczarki" możliwe było udowodnienie podczas procesu odzyskiwania obrazu, który wypłynął na aukcji w Niemczech w 2010 roku, że kiedyś płótno należało do kolekcji MNW. Internauci mogą obejrzeć na dawnych zdjęciach wszystkie 4 wersje "Żydówek sprzedających owoce". Na jednej z nich daje się zauważyć wyraźną sygnaturę: A. Gierymski. 80. Idiotenburg. Bo Gierymski wcale nie kochał Warszawy. foto: cyfrowe.mnw.art.pl... TD [link]


Hitchcock, jakiego nie znacie! Pokazy wczesnych filmów mistrza suspensu w ramach XI Święta Niemego Kina udowodniły, że nie taki Hitchcock straszny, jak go malują.
Wśród propozycji Iluzjonu znalazła się romantyczna komedia obyczajowa „Żona farmera” z 1928 roku oraz powstały rok wcześniej melodramat „Na ringu”. O ile pierwszy z wymienionych tytułów nie przypadł do gustu publiczności – głównie ze względu na powolnie rozwijającą się akcję, schematyczną fabułę i nieciekawych bohaterów, a także zupełnie nie przystającą do obrazu, kontrastującą z nastrojem i charakterem scen bałkańską muzykę zespołu Propabanda; o tyle drugi stał się jednym z hitów festiwalu. Akcja brytyjskiego filmu „Na ringu”, powstałego według autorskiego scenariusza Hitchcocka, toczy się wokół zawodów bokserskich i trójkąta miłosnego z motywem zdrady małżeńskiej na czele. Niepozorny obraz wzbił się na wyżyny ekspresji dzięki muzyce zespołu Film Jazz Project z amerykańskim wirtuozem trąbki, Michaelem „Patchesem” Stewartem, który swobodnie wplatał w tkankę muzyczną fragmenty rozmaitych standardów jazzowych, nadając całości niedbałego, a zarazem niezwykle rytmicznego wyrazu. Fani Hitchcocka powinni także zapoznać się z dwoma (jedynymi) niemymi thrillerami reżysera, w których można zaobserwować zalążki jego dojrzałego stylu. Chodzi o „Lokatora” z 1927 roku, z którym z sukcesem zmierzyła się muzycznie łódzka grupa rockowa The Washing Machine, oraz „Szantaż” – film z okresu przełomu dźwiękowego, istniejący w dwóch wersjach – niemej i dźwiękowej, który podczas festiwalu z niezwykłą lekkością i płynnością opracował doświadczony włoski taper, Antonio Coppola. Okres niemy w twórczości Hitchcocka można podsumować słowami Andrzeja Kołodyńskiego, redaktora naczelnego „Kina”, który podczas jednego z wykładów towarzyszących festiwalowi stwierdził, że we wczesnych filmach mistrza nic nie jest pewne, a „fabuła unosi się na powierzchni chaosu rządzącego rzeczywistością”. AC [link]


Ten dzień przejdzie do historii! Rodzina Agaty Christie udzieliła zgody na wydanie nowej powieści z detektywem Herkulesem Poirot w roli głównej.

Książka ukaże się jeszcze w tym roku, a napisze ją Sophie Hannah, jedna z najpopularniejszych autorek thrillerów psychologicznych. Pisarka – jak sama twierdzi – jest uzależniona od kryminałów Christie:
"To dzięki Herkulesowi Poirot i pani Marple postanowiłam poświęcić swoje życie zawodowe pisaniu kryminałów. Sposób, w jaki Christie opowiada, oraz jej głębokie rozumienie ludzkiej psychiki ukształtowały mnie jako pisarkę. Nie umiem jednak wyrazić, jak bardzo jestem zaszczycona, że miałam okazję podjąć to wyzwanie. Prawdę mówiąc, wciąż nie mogę uwierzyć, że to dzieje się naprawdę!".
Co więcej na temat tej przełomowej książki? Podobno akcję osadzono w latach dwudziestych XX wieku. Wydarzenia rozgrywają się w Londynie oraz na angielskiej prowincji. Nie wiemy jaką intrygę kryminalną uknuje autorka, ale Hercules Poirot z pewnością ponownie będzie jej niekwestionowanym bohaterem.
Na polskim rynku powieść ukaże się nakładem Wydawnictwa Literackiego. Czekamy z niecierpliwością!
SW [link]

Crippled Black Phoenix zagrają za niecały miesiąc. Formacja powróci do Polski w ramach promocji nowego albumu zatytułowanego "White Light Generator". Trasa TOUR TOUR TOUR (444) obejmuje wizyty w ponad dwudziestu europejskich miastach, w tym w Gdańsku (10.05) i Warszawie (11.05). To z pewnością ważne wydarzenie, zarówno dla fanów, jak i członków zespołu. Po licznych modyfikacjach składu, a przede wszystkim zmianach na stanowisku wokalisty, wszystko wskazuje na to, że grupa rozpoczęła stabilizację. Daniel Änghede, muzyk znany niektórym z działalności w szwedzkim Hearts of Black Science, najwyraźniej odnalazł się w roli lidera. Choć osobiście nie spodziewałam się fajerwerków (właśnie ze względu na ponowną zmianę personalną), zespół zaskoczył mnie po raz kolejny. Nowy album brzmi świeżo, a jednocześnie przywodzi na myśl wczesne dokonania CBP. Jeżeli mieliście już niewątpliwą przyjemność spotkać się z zespołem na żywo, to nadchodząca trasa nie powinna sprawić zawodu. Śmiem przypuszczać, że Justin Greaves wraz z załogą są w najlepszej formie koncertowej od lat. MK [link]

Swój kolejny dzień z Wiosną Filmów rozpoczęłam „Na głębinie”, a zakończyłam na „Ostatnim piętrze”. „Na głębinie” w reżyserii Baltasara Kormákura to poruszająca historia rybaka, który jako jedyny ocalał z katastrofy kutra. Kosztowało go to sporo wysiłku, wymagało nie lada odwagi i woli przeżycia. Podczas zmagania z oceanem, rybak żarliwie się modli, przeprowadza rachunek sumienia, wspomina dzieciństwo i szuka otuchy u przelatujących mew. Jego przypadek jest rozpatrywany w kategoriach cudu. Ta poruszająca opowieść o tym, jak warto walczyć do samego końca, została zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami z roku 1984. Dobre, kameralne kino dodające otuchy! „Ostatnie piętro” Tadeusza Króla to także historia „z życia wzięta”. Główny bohater, kapitan Wojska Polskiego trafia na ślad afery w swojej jednostce. W wyniku tego odkrycia zostaje zwolniony z pracy, co prowadzi do znacznej zmiany w jego zachowaniu. Jest to studium szaleństwa. Ten niepokojący obraz zwraca uwagę na niebezpieczeństwo jakie niesie ze sobą źle rozumiany patriotyzm. Film miał światową premierę na ubiegłorocznym MFF w Moskwie, w Polsce był pokazywany po raz pierwszy. Po projekcji odbyło się spotkanie z reżyserem, odtwórcami głównych ról, czyli Januszem Chabiorem, Joanną Orleańską, Bartłomiejem Firletem i autorem zdjęć – Tomaszem Augustynkiem. MM [link]

„Wschód słońca” Murnaua otworzył XI edycję Święta Niemego Kina. Późnym kwietniowym wieczorem warszawski Iluzjon utonął w rozedrganych dźwiękach smyczków, które – nawiązując do oryginalnego tytułu „Sunrise: A Song of Two Humans” – wyśpiewały wzruszającą, momentami zabawną „pieśń dwojga ludzkich istot”. Oprawę muzyczną zapewniła osiemnastoosobowa orkiestra im. Karola Namysłowskiego pod batutą lubelskiego kompozytora, Rafała Rozmusa. Niemiecki ekspresjonizm wydaje się jednym z ulubionych nurtów filmowych artysty, który od dłuższego czasu romansuje z kinem niemym. Ma na swoim koncie muzyczne ilustracje do takich dzieł jak „Nosferatu – symfonia grozy” czy „Portier z hotelu Atlantic”. W wykonywanym już po raz drugi „Wschodzie słońca” (premiera miała miejsce podczas Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu) kompozytor nawiązał do najbardziej znanych praktyk muzycznych z początków kinematografii. Za pomocą środków dźwiękowych odmalował rozmaite odgłosy świata przedstawionego, m.in. bicie dzwonów, gwizdanie czy wołanie głównego bohatera, a głównym tematom filmu nadał cechy taneczne (np. walca), intuicyjnie odnosząc się przy tym do muzyki innych twórców. Świetnym pomysłem okazało się wplecenie w formułę utworu oklasków, które za wzorem orkiestry podjęła publiczność, spontanicznie nagradzając brawami bohaterów filmu w trakcie projekcji, tuż po tym, jak wykonali oni taniec ludowy. Równie ciekawie w całość wpisała się recytacja fragmentu „Dies Irae”, nadająca mrocznego wydźwięku scenie, w której mąż zamierza zabić swoją małżonkę. Muzyka Rozmusa, utrzymana w stylistyce późnoromantycznej, z zamierzenia miała być ściśle zsynchronizowana z obrazem, co znakomicie udało się twórcy. Mankamentem efektownego wykonania było jednak nieustanne pikanie metronomu, który niczym szpitalny elektrokardiogram rzetelnie odliczał sekundy do zakończenia. Zbyt głośny dźwięk wwiercał się w uszy, przeszkadzając najbardziej w momentach, kiedy wymowę scen miała podkreślać cisza (o ile można o niej mówić we wspomnianym kontekście). Niemniej jednak publiczność doceniła efekt końcowy, dając orkiestrze okazję do bisowania. Na koniec warto wspomnieć o niepisanym bohaterze seansu: śwince-miniaturce, która swoją słabością do wina rozbawiła widzów do łez! Dla nieobecnych fragment filmu zamieszczony powyżej. AC [link]


„Mój tabor z "Papuszą" nadal trwa” – wyznała odtwórczyni tytułowej roli, Jowita Budnik, na spotkaniu, które odbyło się po projekcji filmu.
Aktorka i Antoni Pawlicki, który wcielił się w rolę poety, Jerzego Ficowskiego, odwiedzili warszawskie kino Praha i właśnie odbywający się tam festiwal – Wiosnę Filmów. Jest to festiwal, dzięki któremu można zarówno nadrobić zaległości, jak i zapoznać się z całkowitymi nowościami. Ciekawe jest to, że tłumy goszczą nie tylko na pokazach premierowych, ale i na filmach, które były już prezentowane na ekranach. "Papusza" jest na to dobrym przykładem. Mimo, że od premiery upłynęło pół roku, to sala była pełna. Nawet przestrzeni na schodach było mało, żeby pomieścić wszystkich widzów. Warto było jednak pogodzić się z tymi niedogodnościami i zatopić się w filmowej opowieści. Po seansie, można było posłuchać anegdot z planu i z życia aktorów. Godnym uwagi jest wspomnienie Jowity Budnik o tym jak zżyła się z graną przez siebie postacią: któregoś dnia do aktorki zadzwonił dziennikarz zaangażowany w organizację spotkania poświęconego Papuszy z prośbą o odczytanie wierszy poetki. Jowita kategorycznie odmówiła, nie czując się na siłach, by podjąć to wyzwanie. Jednak dziennikarz nie dawał za wygraną i zadzwonił następnego dnia. Przekonywał aktorkę, że jeśli nie ona, to kto inny miałby to być? W obliczu tak przedstawionej sytuacji, Jowita zaczęła się zastanawiać, „Jak to? Ktoś ma czytać moje wiersze?” i doszła do wniosku, że może faktycznie najlepiej będzie jeśli to właśnie ona zaprezentuje twórczość poetki. Czyż to nie piękny przykład na to, jak sztuka i rzeczywistość wzajemnie na siebie oddziałują? MM [link]


Nagi Damien Hirst.
Jesienią przyszłego roku ma ukazać się autobiografia artysty spisana przy udziale dziennikarza Jamesa Foxa (mającego na swoim koncie między innymi publikacje życiorysów Erica Claptona i Keitha Richardsa). Zapowiadana jako szczere do bólu wyznanie wszystkich grzeszków jednego z najsławniejszych brytyjskich twórców, zostanie przedstawiona czytelnikom nakładem wydawnictwa Pengiun Books. Hirst - twarz Young British Artists, o których niedawno pisaliśmy, znany jest przede wszystkim z: eksponowania szklanych boxów, przechowujących zakonserwowane w formalinie ciała zwierząt, obrazów w kropki, czy czaszki wysadzanej diamentami. Bohater przyszłej książki nie ukrywa zadowolenia z podpisania umowy i zobowiązuje się do stuprocentowej szczerości. Publikacja wzbogaci stosunkowo niewielki zasób opracowań na temat YBA i - jeżeli zachowana będzie w lekkiej, przystępnej stylistyce, doskonale uzupełni obraz życia młodych Londyńczyków opisywanych w wydanej niedawno "Lucky Kunst. Rozkwit i upadek Young British Art" Gregora Muira. Czekamy z niecierpliwością! czytaj więcej o YBA: mgzn.pl... AK [link]

„Rękopisy nie płoną”, powiedział Woland w „Mistrzu i Małgorzacie” – i choć diabelskie siły mogą sprawić, że słowa odrodzą się jak feniks z popiołów, nawet w radzieckiej Rosji, boskie moce nie sięgają aż tak daleko… przynajmniej nie w Iranie. Thriller polityczny, opatrzony tym tytułem-cytatem, opowiada o trudnej sytuacji irańskich intelektualistów, prześladowanych przez szyickie władze. Film o takiej tematyce powinien poruszać publiczność, ale przedłużające się ujęcia, chaotyczne mieszanie wątków i brak fabularnej dramaturgii sprawiają, że już po półgodzinie widz jest zmęczony i zobojętniały. Kolejne świadectwa korupcji, fałszowanych przestępstw i represji wynikających z pracy twórczej, zamiast angażować widza, powodują odwrócenie wzroku lub ucieczkę myśli. Nawet ze świadomością, że „Rękopisy nie płoną” powstały w warunkach śmiertelnego zagrożenia (tak jak wiele innych tytułów opowiadających o represjach w Iranie), nie potrafimy obronić efektu artystycznego, jaki sobą reprezentują.
Miłą odskocznią od ciężkiego festiwalowego repertuaru "Wiosny Filmów" może być natomiast „Czerwony i niebieski” – ten ciepły obyczajowy komediodramat nie zasługuje może na miano wiekopomnego dzieła, ale na pewno skutecznie umili popołudnie. Przez korytarze rzymskiego liceum prowadzą nas trzy skrajnie różne postaci – i choć ich pierwowzory moglibyśmy odnaleźć w większości szkolno-filmowych albumów, wzbudzają one sympatię i dzielnie dźwigają na swoich barkach trudy codziennego obcowania z obojętną/zagubioną/krnąbrną* młodzieżą (*niepotrzebne skreślić). Obserwowanie mikroklimatu nastolatków i odbitych w krzywym zwierciadle problemów ich pedagogów prowadzi do jednego wniosku: uczniowska rzeczywistość nie jest tak czerwono-niebieska, jak mogłoby się wydawać. PC [link]


Jak napisać dobrą książkę? Te dziesięć punktów ci w tym pomoże.
Portal internetowy dla nastolatek Rookie dołączył do wielu innych, na łamach których znani pisarze prezentują swoje przepisy na dobrze napisane dzieła. Tym razem, swoją teorię na temat stworzenia książki doskonałej stworzył Etgar Keret. Ten izraelski poeta polskiego pochodzenia, uważany za mistrza krótkiej formy, podaje parę prostych zasad, które, jeśli ich się trzymać, zaprowadzą nas do naszego literackiego celu. Autor zbioru opowiadań "Nagle pukanie do drzwi", radzi między innymi, byśmy kochali stworzonych przez nas bohaterów, pamiętali o tym, że pisanie przede wszystkim ma sprawiać nam radość i, że pisząc, nie jesteśmy nikomu niczego winni - jesteśmy swoimi własnymi żaglami , sterem i busolą. Ponadto, pojawiają się pośród jego rad nieco bardziej wyszukane sposoby kreowania literackich przestrzeni - radzi na przykład, żeby zaczynać od środka. Uważa, że początek opowiadania, jest jak brzeg przypalonego ciasta. Musimy się przez niego przedrzeć, ale tak naprawdę, to co najciekawsze jest zawsze w środku. Wzywa do improwizacji i oryginalności, a także dopinguje nowych twórców by przede wszystkim "pisali jak oni sami". Pełną listę, wraz z krótkim podcastem zawierającym kilkuminutowe opowiadanie Kereta, znajdziecie pod adersem: www.rookiemag.com... Potem, wystarczy już tylko klawiatura, kubek kawy i parę ciekawych pomysłów. Do roboty! Panteon pisarskich sław czeka! GL [link]

Nie będziemy Was oszukiwać: na „W pół drogi” wybieracie się na własną odpowiedzialność. I nie w tym rzecz, że film jest zły – jest po prostu porażająco smutny. To konsekwentnie zrealizowana kronika zapowiedzianej śmierci, dramat rodzinny o sile dokumentu, opowiadający o próbie oswojenia umierania (nieskutecznej tak, jak kolejne terapie). Obraz na prawie dwie godziny zamyka nas w ciasnym świecie choroby, od której nie ma ucieczki – i która coraz mocniej panoszy się w ciele i życiu Franka. Rosnący guz mózgu powoduje zaniki pamięci i sprawności ruchowej, kolejne niedomagania i upokorzenia. Pamiętnik choroby prowadzony za pomocą telefonu jest nie tylko pamiątką pozostawioną bliskim, lecz także swoistą formą autoterapii; przypomina on nieco konwencję znaną z „Ogrodu rozkoszy ziemskich” Lecha Majewskiego. Tu jednak znacznie bliżej do umierania: reżyser ukazuje nam dramat choroby z naturalistyczną premedytacją – i we wszystkich jej aspektach: fizycznym, psychicznym i społecznym. Zarówno w skali jednostki, jaki i rodziny, walka z chorobą ma jednakowo tragiczny wydźwięk. W całej poruszającej historii jedynym grzechem reżysera jest personifikacja choroby Franka – w tak realistycznym obrazie jest ona nie tyle urozmaiceniem, co artystyczną niekonsekwencją. PC [link]


Już niedługo, bo 23 kwietnia, obchodzić będziemy Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich.
Jest to doroczne święto organizowane przez UNESCO w celu promocji czytelnictwa, edytorstwa i ochrony własności intelektualnej. W związku z tym, również w Polsce, organizowane są liczne targi książek i wydarzenia kulturalne. Mało kto jednak wie, że święto to ma swój początek w Katalonii! 23 kwietnia, co roku, w dzień Świętego Grzegorza (Sant Jordi) w Barcelonie około trzy kilometry dwóch głównych ulic (Las Ramblas i Passeig de Gracia) pokryte są straganami z książkami oraz.. różami!
W stolicy Katalonii święto to cieszy się ogromną popularnością, nie tylko wśród tych, którzy na co dzień są miłośnikami literatury. W lokalnych gazetach można odnaleźć informacje o tym, na którym straganie spotkamy danego pisarza, o którego podpisie i dedykacji w książce marzyliśmy. Biorąc pod uwagę fakt, że Barcelona to stolica literatury całego południa Europy łatwo sobie wyobrazić, iż prawdopodobnie liczba pisarzy na trzy kilometry kwadratowe jest w tym dniu jedną z najwyższych na świecie!
Zgodnie z tradycją mężczyźni kupują kobietom kwiaty, a kobiety ukulturalniają mężczyzn dzięki prezentom w postaci książek. Nie komentując kontrowersji związanych z symboliką takiego podziału ról serdecznie zachęcamy do odwiedzin Barcelony w najpiękniejszym w całej Katalonii, Światowym dniu książek! AK [link]


Inwazja Bałki na Londyn.
Dwie wystawy w ciągu jednego miesiąca - instalacje i rzeźby site-specyfic Mirosława Bałki w Londynie! Od 19 marca do 25 maja w Muzeum Freuda można zobaczyć ekspozycję "DIE TRAUMDEUTUNG 75,32m AMSL" , a od 21 marca do 31 maja w White Cube Mason's Yard "DIE TRAUMDEUTUNG 25,31m AMSL" w . Tytuł obu wystaw to składowa istotnych dla artysty słów; angielskie 'die' (umierać) i 'trauma' (uraz psychiczny), łacińskie 'deu' (bóg) oraz albaństkie 'tung' (żegnaj). Jest to także nawiązanie do najważniejszej pracy Zygmunta Freuda p.t. "Objaśnienia marzeń sennych". Cyfry zawarte w obu nazwach są dokładnymi pomiarami geograficznych wysokości nad poziomem morza na jakich znajdują się obie galerie. Wystawie kuratoruje James Putnam, który wcześniej zaprosił do współpracy przy serii wystaw towarzyszących stałej ekspozycji w Muzeum Freuda, takich artystów jak Sarah Lucas, Sophie Calle, Oliver Clegg czy Tim Noble i Sue Webster. Cały cykl (także ostatnie działania polskiego rzeźbiarza) zyskał uznanie wśród krytyków sztuki. Potwierdza to obszerny artykuł Adriana Searle'go, redaktora naczelnego działu o sztuce gazety "The Guardian" - "Mirosław Bałka: Freud, the Holocaust and the unbearable melancholy of being". Dla tych, którzy chcą sami sprawdzić refleksje jednego z bardziej znanych krytyków sztuki w Wielkiej Brytanii na temat duetu ekspozycji, polecamy: www.theguardian.com...

WW [link]

Wielkie rozczarowanie. „Droga do zapomnienia”, dramat biograficzny z Oscarową obsadą (w rolach głównych Nicole Kidman i Colin Firth) niestety zawodzi pokładane w nim (choć trzeba przyznać – ogromne) nadzieje. Pomimo ciekawie odmalowanych realiów mniej znanego frontu II wojny światowej (akcja toczy się wokół poddania Singapuru i budowania przez Japończyków Kolei Birmańskiej), film nie ma większych szans na zapisanie się w historii filmów wojennych równie wyraziście co „Szeregowiec Ryan” czy „Cienka czerwona linia”. A szkoda, bo oparta na autentycznej biografii historia ma wszelkie predyspozycje ku temu, żeby przyciągać widownię jak lep: ból, emocje, moralną nieprzezroczystość i autentyzm. Film opowiada o życiu Erica Lomaxa, emerytowanego wojskowego inżyniera. Szczęśliwe małżeństwo, które zawiera po pięćdziesiątce, budzi w nim życie – ale też ukryte demony z przeszłości. Patty, jego żona (świetnie zagrana przez Nicole Kidman), zrobi wszystko, by dowiedzieć się prawdy, którą opowie jej dawny przyjaciel męża z frontu, Finley (Stellan Skarsgard). Retrospekcje zabiorą nas w kolejową podróż do jądra ciemności - alianckiego obozu jenieckiego, w którym mieszkają budowniczy Kolei Śmierci. Hellfire Pass, ukazana dosłownie jak jeden z kręgów dantejskiego piekła, stanie się miejscem, do którego w myślach żołnierze będą wracać jeszcze czterdzieści lat później. Retrospektywa to bez wątpienia najmocniejsza część filmu – trzymająca w napięciu, mroczna – i niemała w tym zasługa Jeremiego Irvine’a, odtwórcy roli młodego Erica, który w swoim bohaterstwie jest zarówno heroiczny, jak i dziecięco zalękniony. Świetna współpraca między nim a Firthem zaowocowała stworzeniem pełnowymiarowej, spójnej postaci rozdartej między szlachetnością a chęcią zemsty. By uporać się z traumą, Lomax wraca po latach na Przełęcz Piekielnego Ognia, by w obozie, będącym obecnie muzeum, odnaleźć oficera Kempetai (japońskiego odpowiednika Gestapo), który przesłuchiwał go i torturował. Spotkanie to będzie pretekstem do poruszenia wielu fundamentalnych kwestii, które po wojnie musiały zostać redefiniowane: o istotę przyjaźni i honoru, prawdziwe bohaterstwo, należną karę za zbrodnie – bądź jej brak. Rozmowa między oprawcą a ofiarą pełna jest rozgoryczenia i gęstej metafizyki – co doskonale przekłada się na jej autentyzm. Nie uniknięto jednak sentymentalnych pułapek: zakończenie rozegrane jest niedbale i w pośpiechu, a cały moralny ładunek nieopatrzony choćby słowem wyjaśnienia – zastępuje go szereg wzruszających obrazków. Szkoda, że reżyser nie daje widzom choćby cienia domysłu, co pozwoliło na pogodzenie się z przeszłością i przebaczenie. PC [link]


XI Święto Niemego Kina niebawem rusza w Iluzjonie.
Kto z Was nigdy nie uczestniczył w projekcji filmowej z muzyką na żywo, ma okazję nadrobić braki. W niemym kinie czarno-białe wcale nie jest synonimem bezbarwnego, a brak słów w żadnym razie nie oznacza ciszy. Wręcz przeciwnie! Począwszy od 10 kwietnia, cztery kolejne wieczory wypełnią zróżnicowane stylistycznie brzmienia polskich i zagranicznych artystów, którzy za pomocą indywidualnego języka muzycznego wskrzeszą zapomniane historie wczesnej ery kinematografii. Wśród tegorocznych propozycji nie lada gratka dla miłośników Hitchcocka – w repertuarze znajdą się aż cztery wczesne filmy tego reżysera: „Na ringu”, „Żona farmera”, „Lokator” i „Szantaż”. Przegląd otworzy natomiast klasyk wśród klasyków – „Wschód słońca” Murnaua z nagrodzoną Oscarem Janet Gaynor, do którego oprawę muzyczną zapewni orkiestra pod batutą Rafała Rozmusa. W programie także czeski horror „Przybysz z ciemności”, duńskie science-fiction „Misja na Marsa” oraz ekranizacja kontrowersyjnej noweli Lwa Tołstoja „Sonata kreuzerowska”, inspirowanej muzyką Beethovena. Pojawi się również coś z rodzimego podwórka, a mianowicie odnaleziony po latach film Henryka Szaro „Zew morza”, z którego interpretacją muzyczną zmierzy się Krzesimir Dębski. Będzie klasycznie, folkowo, jazzowo, rockowo i elektronicznie! Warto skusić się na odrobinę odmienności od „klasycznego” repertuaru współczesnego kina. Więcej informacji na temat wydarzenia znajdziecie na stronie Iluzjonu: www.iluzjon.fn.org.pl... AC [link]


Warszawa znów należy do Tyrmanda.
“Zły” powraca do stolicy. W czwartek 3 kwietnia rozpoczęła się wystawa “Warszawa Złego” w warszawskim Muzeum Literatury i już na sam wernisaż przyciągnęła tłumy. Ekspozycja przygotowana jest w niezwykle ciekawy sposób i z pewnością powinna zainteresować niejednego miłośnika literatury, ale również wielu warszawofilów. “Zły” to w końcu przede wszystkim książka o mieście.
To niewiarygodne jak wiele zamieszania wokół siebie potrafi wywołać jedna powieść. I na jak wiele lat! “Zły” od zawsze był kontrowersyjny, wzbudzał skrajne emocje w chwili wydania w latach 50-tych. Do dnia dzisiejszego Tyrmand jest “na językach” w mieście. Dziś fascynuje nas jak skontruował swoje najsłynniejsze dzieło, skąd czerpał inspirację i jak wyglądała jego Warszawa lat 50’. “Ulice Złego” to nie tylko muzealna ekspozycja, to podróż przez Warszawę ze świata powieści, rozbudowana jak tylko się da na przestrzeni tego skromnego muzeum.
Przy okazji ekspozycji powstała specjalna linia strojów stworzona przez popularną markę RISK made in Warsaw. Jak mówią projektantki: “są to ubrania, które nosiłby sam Tyrmand i postaci jego powieści”. Wernisaż został również wzbogacony o poczęstunek kawą oraz koncert Agi Zaryan. Dlaczego takie akurat atrakcje? Wszystko w hołdzie pisarzowi. W kawiarniach powstawała kultura, były miejscami spotkań
najważniejszych osobistości warszawskiego świata twórców. Muzyka jazzowa była natomiast drugą miłością Tyrmanda zaraz obok literatury.
Kiedy przepłyną już pierwsze tłumy koniecznie wybierzcie się na tę wystawę. Jest stworzona w wyjątkowy sposób, nie tylko dla tych, którzy “Złego” już czytali i go uwielbiają. “Ulice Złego” powinien zobaczyć każdy kto w jakikolwiek sposób związany jest z miastem.
MAGAZYN patronuje temu wydarzeniu i przygotowuje dla Was atrakcje z tym związane, śledźcie Nas uważnie! youtu.be... SW [link]

3 x White! Dobra wiadomość dla polskich fanów Jacka White’a. W ostatnich dniach fani byłego lidera The White Stripes mają z czego się cieszyć. Pierwszego kwietnia potwierdziło się to, o czym mówiono już od dawna – zbliża się wielkimi krokami premiera drugiego solowego krążka White’a. Ponieważ 01.04 jest dość przewrotną datą dla ogłaszania ekscytujących wiadomości, dla pewności trzeba było zaczekać do 2go. Na szczęście wiadomość okazała się prawdziwa i to już pewne, że 10.06.2014 ukaże się nowy solowy album byłego lidera The Rancounters pt. „Lazaretto”. Jednocześnie w sieci pojawił się singiel „High Ball Stepper” wraz z teledyskiem (powyżej - przyp. Red.). Jeśli sądzić po nim oraz po wszystkich innych znakach na niebie i ziemi, można się spodziewać, że na longplayu usłyszymy sporo nawiązań do dobrych bluesowych i blues-rockowych tradycji. W każdym razie, tego można się spodziewać po Jacku, którego wydawnictwo „Third Man Records” wyspecjalizowało się w bluesie, w tym we wskrzeszaniu jego klasyki. Co więcej, z okazji nadchodzącego Record Store Day, 19go kwietnia, Jack White zamierza pobić rekord Guinessa i zrealizować najszybciej wydane nagranie w historii (oczywiście winylowe). O godzinie dziesiątej rano ma nagrać w swoim studio nagraniowym w Nashville tytułową piosenkę z „Lazaretto”, a o 16.00 szczęśliwcy, którym uda się zdobyć bilety na to wydarzenie, otrzymają gorące, świeżo wytłoczone czarne placki (które zapewne później będą krążyć po eBayu w astronomicznych kwotach). To nietypowe przedsięwzięcie wydaje się być świetną formą promocji nie tylko dla nadchodzącej płyty artysty, ale również dla Record Store Day – cyklicznego, odbywającego się co roku w trzecią sobotę kwietnia, wielkiego święta winyli, które na Zachodzie robi się coraz popularniejszą "nową świecką tradycją".
To nie koniec dobrych wiadomości! Żeby było mało tych dobrych nowin, Jack White został jednym z headlinerów Openera i tego lata, w ramach trasy promującej „Lazaretto” zagra w Gdyni. Czego chcieć więcej?
SK [link]

Strona 14 z 54
| 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 |